11-10-2019 eKurier | Sport
Rzut z autu

W co się powinien ugryźć Boniek

Zawsze ceniłem Zbigniewa Bońka jako piłkarza. Zwłaszcza za charakter i dryg do tego sportu. Był zresztą „Zibi" sportowcem inteligentnym, więc umiał te cechy przekształcić w swój własny styl. Co wraz z rozmiarem buta (duży!) pozwoliło mu wykreować się w futbolu na gwiazdę.

A że język miał zawsze niewyparzony, bywał na ogół taką gwiazdą „brudną", trudną do lubienia czy bezgranicznego kochania. Nie tylko przez media, ale i przez kibiców. Nie bez kozery nie powiodło mu się jako trenerowi. Ale że został przy piłce i zrobił dla niej sporo dobrego. I nadal jako prezes PZPN robi.

Pozostała w nim zresztą pomocna w tym dawna pewność siebie, która jednak - niestety - łatwo potrafi się zmienić w zadufanie i arogancję.

To właśnie te cechy ujawniłły się u niego ostatnio w kontekście posady Jerzego Brzęczka. Wiele bowiem wskazuje na to, że posada owa - trener reprezentacji - jest ponad miarę aktualnych możliwości Brzęczka, a tymczasem Boniek broni go niczym ksiądz Kordecki Częstochowy, Jarosław Kaczyński Zbigniewa Ziobry, a Sławomir Neuman „swoich".

Że go broni, zrozumiałe. Sam Brzęczka na trenera reprezentacji namaścił, i głupio mu dołączać do jego krytyków domagających się pozbawienia go funkcji. Ale że robi to tak twardo i agresywnie, mądre nie jest.

Nie tylko dlatego że Brzęczkowi może pójść jeszcze gorzej i wtedy wina nie na Brzęczka, a na Bońka spadnie. Również dlatego że poszturchiwanie krytyków - wraz z tymi argumentującymi racjonalnie, bez emocji - i ucinanie przy pysku głosów z samej kadry źle na tę kadrę i atmosferę wokół niej działa.

„Brzęczek jest nie do ruszenia" - powiedział niedawno prezes PZPN. Przepraszam, a cóż to niby za aksjomat? Od kiedy to filarem i gwarantem wszelkiego dobra w piłkarskiej drużynie jest trener, którego największym walorem jest to, że go nie można zwolnić? Jasne, prezes powinien trenera wspierać, ale czy musi wygłaszać zdania, które nie zawsze przecież będą aktualne? Czy nie zdaje sobie sprawy, że to wcale nie musi działać na korzyść tego, którego popiera? A przeciwnie, może między trenerem a drużyną - niemającą do trenera zaufania ani wiary w jego umiejętności i strategię - jeszcze większy mur postawić.

Że taki już stoi, zasugerował niedawno publicznie Robert Lewandowski, kapitan i najlepszy piłkarz tej drużyny. Nienależący przecież do pieniaczy czy ludzi konfliktowych, na ogół ważący swój głos, lecz zabierający go zawsze wtedy, gdy uzna, że dobro drużyny tego wymaga (patrz: Bayern).

Co zrobił Zbigniew Boniek? Poradził - też publicznie - żeby Lewandowski wypowiadał się „do kamery z pokorą, dyplomatycznie", a najlepiej żeby - nim coś takiego powie - ugryzł się w język i „napięcie rozładował w szatni".

Rozumiem prezesa. Nie chce podgrzewać konfliktu i pogarszać złej atmosfery w kadrze. Nie osiągnie jednak tego ojcowsko-belferskim uciszaniem piłkarza z niepodważalnym autorytetem, ważniejszego dziś dla reprezentacji niż - pardon - jej aktualny trener. Nie rozumiem Bońka, przecież to właśnie on był sportowcem, który mówił głośno, ba, czasem i bardzo ostro, to co myśli. A teraz chce zabronić tego Lewandowskiemu?!

Wiem, słyszałem, „Lewy" i Brzęczek jakoś sobie z tym wszystkim poradzili na konferencji prasowej przed Łotwą. Brzęczek zresztą rytualnie zaprzeczył, by jakiekolwiek wewnętrzne problemy w reprezentacji były czy są.

„Lewy" też mówił w miarę dookoła, lecz w sumie pozostał przy swoim, mówiąc: „Chyba każdy z nas widzi, co się dzieje". I było w tym oczywiste nawiązanie do słów prezesa Bońka. Nie posypał więc głowy popiołem i zachował sobie prawo do komentarza tego, co w drużynie, w której gra, i której na boisku przewodzi.

I słusznie. To jego prawo. A czy ma rację? To już pokaże boisko… I nie podczas meczy z Łotwą czy Macedonią Północną, ale na Mistrzostwach Europy, oczywiście jeżeli… (wiadomo, co), choć może i już niebawem, jeżeli… (wiadomi, co).

Czytelnicy tego felietonu znają wynik meczu z Łotwą. Są więc mądrzejsi ode mnie o jeszcze jeden wynik ekipy z „zespołem Brzęczka". Nie wydaje mi się jednak, żeby trzeba było ów wynik znać (wygrana niczego tu nie zmieni, a inny wynik - tylko potwierdzi konieczność nazwania spraw po imieniu), by powiedzieć prezesowi B., że to nie „Lewy" powinien się ugryźć w język, ale on sam.

A w co? Niech i to sam wybierze.

Były Junior

Zawartość dostępna dla czytelników eKuriera
Pozostało jeszcze 80% treści

Pełna treść artykułu dostępna po zakupie
eKuriera
z dnia 11-10-2019