17-04-2020 eKurier | Kurier Plus
Trzy lata temu pożegnaliśmy Jacka Polaczka

Aktor, który był sobą

Aktor, który był sobą
Jacek Polaczek w sztuce Artura Daniela Liskowackiego „Podwieczorek u Łazarza” w Teatrze Polskim w Szczecinie Fot. Dariusz GORAJSKI

Artur D. LISKOWACKI

Wtedy również zbliżała się Wielkanoc. Chorował poważnie już od miesięcy, ale kiedy znów trafił do szpitala, trudno było uwierzyć, że właśnie On - tak niedawno aktywny zawodowo i wciąż twórczy, ba! coraz doskonalszy na scenie - odchodzi naprawdę. Zmarł 8 maja 2017 roku. W wigilię Dnia Zwycięstwa. Z perspektywy rosyjskiej - nawet dokładnie w ów Dzień.

Pozwalam tu sobie na ów żart, wierząc, że i jego uśmiech by wywołał. Znany był przecież z tego ciemnego, sarkastycznego poczucia humoru.

Jacek Polaczek. Ze wszystkich poznanych przeze mnie szczecińskich aktorów - a obserwowałem tutejszą scenę przez ponad pół wieku - nie waham się powiedzieć: najwybitniejszy. Obdarzony największą charyzmą.

* * *

Aktor przez wielkie A.

Nie tylko dlatego że miał w dorobku role wielkie. Salieriego w „Amadeuszu", Sira w „Garderobianym", Korbesa w „Grach śmiertelnych", Saszę w „Antygodnie w Nowym Jorku", Mefistofelesa w „Fauście", Wolanda w „Mistrzu i Małgorzacie", Don Kichota w „Don Kichocie", Jonę w „Udręce życia", Verdiera w „Skarpetkach opus 124"… Wiele z tych, które by chciał i powinien zagrać, ominęło go jednak. Ale był wielki i bez nich, bez tych wszystkich niedoczekanych Makbetów czy Konradów (Konrada zagrał skądinąd w „Wyzwoleniu" - ciekawie, inaczej - był bowiem Konradem starym, zmęczonym - tyle że przedstawienie nie bardzo się udało i szybko zeszło ze sceny); był wielki siłą swojej scenicznej osobowości, która pozwalała mu kreować role wykraczające czasem poza wymiar postaci, jak Szambelan w „Operetce", czy też obdarzone cząstką jego własnego doświadczenia, jak Człowiek w „Pieśni nad pieśniami".

Był też bowiem osobowością przez wielkie O. Osobowość. Często nadużywa się tego słowa. W jego jednak przypadku jest ono adekwatne do roli, jaką odgrywał poza sceną - nie grając jej wszakże, a po prostu będąc sobą; był przecież niekwestionowaną osobowością nie tylko swojego środowiska teatralnego, ale i szczecińskiego życia artystycznego w ogóle.

Ale te wszystkie „wielkości", którymi tu szafuję, przyjmowałby pewnie z zakłopotaniem, rezerwą. Bo nie miał w sobie nic z gwiazdy. Nie narzucał się swoim Ja, nie puszył. Trzymał się profesji. I prawdziwego profesjonalizmu. Choć był też zdystansowany wobec zawodu aktora - zwłaszcza wobec pułapek, jakie zastawiają na artystów sceny (szczególnie tych popularnych) sukcesy i sława; wiedział zresztą, czym jest pozorność, ulotność takiego uznania.

Ale znał dobrze swą wartość i cenił sobie teatralne wyróżnienia.

Małgorzata Frymus, dziennikarka PR Szczecin i wieloletnia jurorka plebiscytu „Bursztynowy Pierścień", przypomina czasem, jakim zaskoczeniem było dla niej, że otrzymał „Bursztynowy Pierścień" - nagrodę publiczności dla najlepszego aktora - jedynie raz (w sezonie 2008/2009), ale też i to, że właśnie On sam zwrócił jej na to uwagę. Nie bez gorzkiej autoironii zauważając, że jest za to najlepszy pod względem liczby bursztynowych… nominacji. A Daniel Źródlewski, także juror plebiscytu, prowadzący wiele finałowych gal, doświadczył wrażliwości Aktora w sposób szczególny. Oto zapraszając go na scenę do odebrania Bursztynowego Pierścienia - za rolę Króla i Ojca w „Ślubie" - zaprosił wraz z nim Katarzynę Bieschke nagrodzoną Pierścieniem w kategorii Najlepsza Aktorka za rolę Królowej i Matki w tym samym przedstawieniu. Uznał, że to ładny pomysł i będzie sympatycznie, gdy Król i Królowa wejdą na scenę razem. Aktor uznał to za

...

Zawartość dostępna dla czytelników eKuriera
Pozostało jeszcze 80% treści

Pełna treść artykułu dostępna po zakupie
eKuriera
z dnia 17-04-2020