09-10-2020 eKurier | Szczecin/Region
Akademickie Radio Pomorze, Fama, „Solidarność”…
„Baca”. Samotny mimo woli
Wojciech LIZAK
Rok 1970. Akademik „Zbyszko" w Poznaniu. Niekoedukacyjny, jeżeli ktokolwiek pamięta, co to znaczyło. Zadymiony do bólu pokój. W ustach nie obślinione bezustnikowe sporty, tylko prawdziwy „luksus": caro i carmeny. Wszyscy na wszystko mieli, bo rano odstali w kwesturze po stypendium. Stół pokryty kocem. Nie słychać więc stuku monet, które lądują w puli, tym bardziej banknotów, a rozdawane karty miękko osiadają tuż przed adresatem.
Poznaniak zdziwiony Szczecinem
Kołchoźnik z cicha gra. Zapomniany dziś przekazior. Znajdujący się w każdym pokoju, w każdym akademiku jak Polska długa i szeroka. Nazywany radiowęzłem studenckim. Same nowości muzyczne, które powszechnie słuchana Trójka nadawała grubo później.
Nagle, jak grom z jasnego nieba. - Weź, zrób głośniej - wszyscy oderwali głowy od kart. Zastygli, zaniemówili. Nie było: otwieram ani przebijam, a tym bardziej sprawdzam. Szok. I na tę chwilę brak świadomości, że w Polsce zadebiutowała obyczajowa wielka premiera, bo z kołchoźnika leciał erotyk stawiający na nogi całego męskiego „Zbyszka" i kładł żeńską sąsiednią „Jagienkę". „Je t’aime" Jane Birkin i Serge Gainsbourga.
Po tym utworze separacja płci w akademikach nie mogła mieć miejsca.
Nasz kołchoźnik raczej grał. Niewiele mówił. Chyba że koleżeństwo zapomniało, co się często zdarzało, wyłączyć po spożyciu mikrofon. Wtedy akademiki zrywały boki ze śmiechu. Nazajutrz bohaterowie wieczoru przemykali bokami. Gdzie dzisiejszym „Big Brotherom" do tamtejszego autentyku?
Dwa lata później w Szczecinie, u brata na osiedlu akademickim. Też kołchoźnik. Muzyka jak wszędzie w akademikach: po prostu dobra. Ale jednak duże zaskoczenie. To radio mówiło, o tym co się wokół działo, jaki będzie dzień, robili wywiady, nadawali swoje reportaże, mieli własne dźwięki pozwalające je od razu zidentyfikować. Byli samoswoi. Trudno się było doszukać naśladownictwa nawet z podziwianej Trójki.
Akademickie Radio Pomorze. Dalibóg! Nazwa dobrana jak trzeba. Skrót od razu wpadał w ucho. Było w nim dużo o „Pinokiu". Trudno było nie zajść. Niby klub jak każdy inny. Poza jednym kątem, tuż przy barze. Królowali tam cinkciarze. Ze swoimi atrybutami: camelami z leżącej ostentacyjnie paczki, piwem z puszek. To był ostentacyjny blichtr. Nie dziwota, że otaczał ich wianuszek ślicznych dziewczyn.
Czuć było od nich obcość. U nas, w Poznaniu, ludzi z miasta do klubów studenckich nie wpuszczano. Wyjątek stanowiły atrakcyjne niestudentki.
Dni chwały Famy
Gdzie tam Sopot, gdzie tam Międzyzdroje. Marzeniem każdego studenta było lato w Świnoujściu. Fama, której fama dziś jakby przybladła. Rano plaża, amfiteatr po południu i szaleństwa do białego rana w sali gimnastycznej szkoły morskiej. Tak opowiadał m.in. mój kolega Bernard ze Szczecina, który już oną rzecz praktykował.
Pojechaliśmy. Późna noc, stoimy w kolorowym tłumie przed klubem Famy. Bramkarz co rusz wyłuskuje atrakcyjną dziewczynę, która znika za bramami raju. Jest kolegą Bema. Mówił: „Najpierw wprowadzą Bema, a później ciebie, bo muszą uzgodnić z „Bacą". Stoję. I podczas tego czekania imaginuje mi się ten „Baca". Wszechmocny, siedzący na podwyższeniu na hali, a wokół kłębi się tłum owieczek, z których rzadko jaka mogła mu spojrzeć w oczy.
Nikt nie wyszedł. Wracam. Po drodze zaszedłem za potrzebą w okoliczne amfiteatralne krzaki. Dopadło mnie
...Pozostało jeszcze 80% treści
Pełna treść artykułu dostępna po zakupie
eKuriera
z dnia 09-10-2020