12-03-2021 eKurier | Kultura
Jan Papuga (1915-1974)

Wędrowiec w papierowej dżungli

Wędrowiec w papierowej dżungli
Jana Papugi (tu: pierwszy z lewej) portret tyleż realistyczny, co symboliczny. Niski, krępy, pełen życia, i jakże inny… Scena na zdjęciu — to Wały Chrobrego, kiermasz Dni Oświaty Książki i Prasy, lata 60. XX w. Fot. Marek CZASNOJĆ

Artur D. LISKOWACKI

Mówiło się, że był żywą legendą miasta, jego barwnym – nomen omen – ptakiem, ale traktowało się go raczej jak miejską maskotkę, ciekawostkę, którą można się popisać wobec gości, pisarzem na pokaz, takim, co umocni mit o Szczecinie morskim, portowym.

Autentyczny marynarz z przedwojennym i wojennym życiorysem, wieczny wędrowiec, samorodek literacki, bohater własnych marynistycznych opowieści, z których udało mu się złożyć trzy książki, zakochany w życiu, niezniszczalny.

A przecież odszedł w wieku zaledwie 59 lat, chory i samotny w mieście, w którym znajomością z nim i przyjaźnią chwalił się każdy, kto choć raz go spotkał.

Spotkać zaś można go było wszędzie, zawsze w drodze, życzliwego dla ludzi i pełnego entuzjazmu dla swoich planów. Być może dlatego jego odejście – niespodziane i ciche – wywołało konsternację. Która trwa do dzisiaj. Bo co zrobić z pamięcią o nim, z jego mitem na pograniczu lekceważącej czasem anegdoty, z jego skromnym, kontrowersyjnym artystycznie pisarskim dorobkiem?

Jan Papuga urodził się w lutym 1915 roku we wsi Zbyszek w powiecie piotrkowskim, ale dzieciństwo i wczesną młodość spędził w robotniczej biednej dzielnicy Łodzi. Ojciec Wawrzyniec był robotnikiem – włókniarzem, robotnikiem został też, po ukończeniu szkoły powszechnej, Jan. Choć nie była to praca w przemyśle, zatrudniał się m.in. jako listonosz, a i tragarz po prostu.

Ale że od początku marzył mu się inny świat – który zamierzał zresztą zmienić, należąc m.in. do Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej – prędko wyfrunął z szarego miasta. Miał nadzieję, że odfrunie dosłownie. Kusiło go latanie, samoloty. Ale w Dywizjonie Lotniczym w Pucku ani w Podoficerskiej Szkole Lotniczej w Sadkowie nie chciano komunizującego dwudziestolatka.

Widać nie latanie, a pływanie było mu pisane. Choćby po to, by mógł o nim pisać. Ale żeby zacząć pływać, też trzeba było determinacji. Pierwszy raz zamustrował się na statek jako szesnastolatek, i nie w Gdyni (bo i tu go nie chciano), a… w Konstancy, do której specjalnie w tym celu zawędrował. Potem – po kolejnej ucieczce z miasta – było już morze („mój ciąg do wielkiej, czystej wody był jakby chęcią obmycia kilkunastoletniego brudu Łodzi” – wyzna w Koralach dla Pelci) i siedem lat pływania. We flocie handlowej i rybackiej, pod banderą obcą, potem rodzimą; podczas wojny – w alianckich konwojach.

Nie obyło się bez przygód, nie tylko militarnych; kiedy w roku 1939 zszedł z pokładu w Szwecji, władze rządu na emigracji uznały go za dezertera, a w roku 1945 też musiał statek opuścić jako niepożądany.

Paradoksalnie to właśnie ta komunistyczna, młodzieńczo-rewolucyjna przeszłość oraz odziedziczony z proletariackim rodowodem internacjonalizm („Kiedy wreszcie uczujemy, że cała ziemia jest naszą wspólną ojczyzną?” – opowiadanie Guadalajara, Guadalajara!), które czyniły go „niepożądanym” w latach wojny, a po wojnie wprowadziły w szeregi Polskiej Partii Robotniczej i PZPR, były

...

Zawartość dostępna dla czytelników eKuriera
Pozostało jeszcze 80% treści

Pełna treść artykułu dostępna po zakupie
eKuriera
z dnia 12-03-2021