28-05-2021 eKurier | Kultura
Eugeniusz Daszkowski (1930-2021)

Kapitan z jabłoniowego sadu

Kapitan z jabłoniowego sadu
Eugeniusz Daszkowski podczas kiermaszu na Wałach Chrobrego z okazji „Dni Oświaty, Książki i Prasy”, początek lat 70. Fot. Marek CZASNOJĆ

Artur D. LISKOWACKI

W mundurze kapitana żeglugi wielkiej prezentował się świetnie do końca życia. Pisał również niemal do ostatnich miesięcy, wierny swej jedynej literackiej tematyce — morzu, choć z pokładu zszedł w roku 1997. Jak sam zresztą przyznawał, to właśnie morze uczyniło zeń pisarza, a ostateczne zejście z marynarskiej wachty umożliwiło mu wreszcie spokojną pracę literacką. Edytorsko obfitą (25 książek!), a intensywną szczególnie na emeryturze, gdy zdarzały się lata, w których publikował po kilka tytułów rocznie (np. w roku 2017 — trzy!). Nic dziwnego, że w jego notach biograficznych pojawiała się — trudna jednak do zweryfikowania — informacja, że podobnego dorobku nie miał żaden z piszących kapitanów na świecie.

Co jednak ciekawe — choć właściwie dość typowe dla szczecińskich marynistów — morze przyciągnęło go nie tylko z głębi lądu, ale i niejako wprost z ziemi — ponieważ urodził się (w roku 1930) i wychował w mazowieckim Wyszkowie, w rodzinie rolniczej (jej źródłem utrzymania był duży sad, głównie jabłoni). Tymczasem już tam, w małym, choć mającym piękne tradycje i rozwiniętym kulturalnie miasteczku, czytał Conrada i założył szkolne koło Ligi Morskiej. Na te fascynacje duży wpływ miał też starszy brat Franciszek, który przed wojną kształcił się w Szkole Morskiej w Gdyni, a wojna zastała go na morzu jako praktykanta na statku — i już do kraju nie wrócił.

„Jego listy z morza pachniały romantyką, oddechem szerokich wód i dalekimi lądami" — wspominał Eugeniusz Daszkowski w książkowym wywiadzie rzece Na morzu i na lądzie (2014) — i przyczyniły się niewątpliwie do podsycania życiowych wyborów przyszłego pisarza.

Ale droga do prawdziwego pisania — debiutował tomem Wachta w 1972 roku — była dla niego dłuższa niż droga na własny statek — pierwsze dowództwo objął na m/s „Orla" dopiero w roku 1969. To wynikało skądinąd z okoliczności mających z samym morzem niewiele wspólnego.

Z morzem zetknął się po raz pierwszy na kursach Państwowego Centrum Wychowania Morskiego w Łebie już jako siedemnastolatek, a studia na Wydziale Nawigacji Państwowej Szkoły Morskiej w Szczecinie ukończył w roku 1950. Pierwszy rejs odbyty w trakcie studiów — na pokładzie „Daru Pomorza" — bez szczególnej zresztą satysfakcji (nie pociągły go żagle) — nie okazał się przepustką do kolejnych; przeprowadzona w szkole weryfikacja pozbawiła go bowiem — jak zresztą i połowę kursu — „prawa pływania". Przyczyniła się do tego zapewne nie tyle przynależność do Szarych Szeregów — których był członkiem jako wyszkowski harcerz — na co się w pierwszej kolejności powoływał, ile „posiadanie rodziny w Ameryce" (brat Franciszek).

Unikając służby

...

Zawartość dostępna dla czytelników eKuriera
Pozostało jeszcze 80% treści

Pełna treść artykułu dostępna po zakupie
eKuriera
z dnia 28-05-2021